Ziemie Zachodnie – mandat sprzed dwudziestu lat

„Die von Gott gesandtem Polen”

Oto tytuł jednego z licznych artykułów, jakimi prasa zachodnioniemiecka zareagowała jesienią i zimą 1964 r. na moje wypowiedzi poświęcone polskim Ziemiom Zachodnim. Do odgłosów prasowych dołączyły się wówczas niemal setki listów prywatnych. Była to korespondencja odgrażająca [tak w oryginale – red.].

Trzeba to dziś przypomnieć. Ale były też – Bogu dzięki – i wypowiedzi rozsądne, budzące szacunek i sympatię. Podobne do tych, które obecnie coraz częściej słyszymy z NRF. Również w prasie znalazło się sporo akcentów, które mimo wszystko nacechowane były otwartością i nie wykluczały możliwości dialogu.

Chciałem zachować lojalność. Ale mimo to nie mogłem w tym nastawieniu ówczesnej opinii zachodnioniemieckiej nie widzieć chęci do poważnego nieporozumienia. To prawda, że w tym czasie – zarówno w Warszawie z okazji 16. rocznicy zgonu wielkiego kard. Hlonda, jak i przy sposobności 21. inauguracji roku akademickiego na Katolickim Uniwersytecie w Lublinie jesienią 1964 r. – powiedziałem, że po dwudziestu latach Polski na Ziemiach Zachodnich nie ma różnicy między stylem życia w Warszawie, Krakowie lub Częstochowie, a sposobem bycia Polaków we Wrocławiu, Opolu lub Olsztynie. Zasługę za taki stan rzeczy przypisałem m.in. odwadze dziewięciomilionowej rzeszy Polaków zamieszkujących te tereny. Oni to zrozumieli wołanie tych Ziem, odczytując w powojennych zgliszczach i ruinach nakaz z góry – nakaz wymagający naturalnego posłuszeństwa i realizacji. W Niemczech Zachodnich moje słowa odebrano jako krótkowzroczny wyraz megalomanii narodowej. Mówiono, że w anachronistyczny [tak w oryginale – red.] sposób stawiam na przebrzmiały mesjanizm narodowy, który ośmiela się sięgać po specjalne posłannictwo, po mandat stanowiący jakby tytuł do polskiego posiadania Śląska, Pomorza i Warmii.

Dwadzieścia lat temu

Młode pokolenie nie pamięta sytuacji z wiosny 1945 r., ale ludzie, którzy coraz mniej kwestionują obecność Polski na Śląsku lub Pomorzu, dobrze wiedzą, jak wyglądał koniec wojny na tych terenach. Z jednej strony trwała paniczna ucieczka przedwojennych mieszkańców wraz z cofającą się ze Wschodu pokonaną armią niemiecką. Bez przesady trzeba stwierdzić, że większość Niemców opuściła te ziemie jeszcze przed wkroczeniem administracji polskiej. Z drugiej strony narzucał się przejmujący widok opustoszałych terenów, na które powoli przybywali nowi osiedleńcy. Przybywali zewsząd. Zjawiali się tu masowo ludzie z terenów zabużańskich – równie bezradni i bezdomni, jak ich rodacy, wracający z poniewierki niemieckich lagrów. Do nich dołączali ludzie z rozwalonej Warszawy i setek poniszczonych innych polskich miast i wsi, gdyż działania wojenne i terror okupacyjny pozbawiły ich dachu nad głową i ogołociły niemal doszczętnie. Oni przyszli do dymiącego już Wrocławia, na spalone pola pomorskie i warmińskie i zdobyli się na trud nowej dla nich ziemi.

Wspominając tamte niewiarygodne początki, wskazać trzeba przyczyny, które spowodowały to przemieszanie ludności. Stwierdzić należy, że polscy osiedleńcy znaleźli się na Ziemiach Zachodnich wskutek działań drugiej wojny światowej. Wojna ta była wojną zdobywczą – wojną zbrodni i grabieży – i miała okrutny charakter tylko z woli jej inicjatorów. Dzisiejsze Ziemie Zachodnie nie były w międzywojniu nigdy przedmiotem polskiej napaści. Powstania śląskie, walczące o polskość Górnego Śląska i Opolszczyzny, miały zgoła inny charakter. Ziemie Zachodnie znalazły się w rękach polskich osiedleńców wskutek niemieckiej przegranej. To była prosta konsekwencja najeźdźczej wojny, wywołanej przez hitlerowskie Niemcy. Zagospodarowanie tych Ziem, gromadzących prochy odległych przodków, uznano niemal spontanicznie za naturalny nakaz dla narodu, który chce żyć. Nakaz trudny, bo wymagający dużego nakładu sił moralnych i fizycznych.

Zadanie odczytane z faktów

Świat współczesny nie ma wielkiego zaufania do prywatnych objawień, chociaż wiemy, że nie są one nigdy wykluczone. Bardziej jednak przekonuje nas zazwyczaj to, co jest szeroko sprawdzalne i od strony zdrowego rozsądku oczywiste. Tak jest, gdy w oparciu o wiarę w Boga jednostka poszukuje osobistego sensu we własnym życiu. Tak też bywa i przy analizie zadań narodowych.

Toteż polscy ludzie, którzy w roku 1945 i 1946 zetknęli się z nową ziemią, nie potrzebowali specjalnego natchnienia. Zdali się na zdolność instynktu samozachowawczego i zdrowego rozumu, który pomagał im spośród elementów zastanej rzeczywistości odczytywać aktualne zadanie do wykonania. Zadanie to wynikało zresztą z rezultatu, jakim zakończyła się druga wojna światowa. Wiadomo, że Pan Bóg woła ludzi poprzez to wszystko, co im daje. W ten sam sposób wzywa on poszczególne rodziny czy nawet całe społeczności. Podobne wołanie rozpoznali nowi mieszkańcy Ziem Zachodnich po roku 1945.

Łatwo wskazać fakty, które pomagały w tym powojennym polskim wnioskowaniu. Do pierwszych należy to, że tereny, które w wyniku wojny znalazły się w granicach Polski, przedtem w czasach niemieckich zachowały ślady ich dawnego polskiego charakteru. Dlatego odzyskanie ziemi przodków – chociaż przodków dawnych – łączyło się z niemałą satysfakcją moralną. Wspierały to przekonanie zastępy tutejszych mieszkańców – takich działaczy polonijnych, którzy jak Ślązacy, Mazurzy, Warmiacy pod panowaniem niemieckim walczyli o polskie prawa i wyznawali polskie przekonania narodowe.

Inną okolicznością, ułatwiającą poprawne odczytywanie tego naturalnego mandatu o nowej polskości tych Ziem, było i to, że większość dawnych mieszkańców niemieckich opuściła te tereny jeszcze przed osadzeniem się Polaków. A największym atutem był dla Polaków fakt, że Polska wcale nie powiększyła swego terytorium wskutek wojny; że ofiary, jakie spotykają Niemców przez utratę Ziem Zachodnich, należeć muszą do rzędu tych odszkodowań, którymi płaci państwo, z którego winy wybuchła jedna z najpotworniejszych wojen.

Ani nacjonalizm, ani kompleksy

Widzimy więc, że nie trzeba było wcale narodowego szowinizmu, aby rozpoznać właściwe powojenne miejsce dla własnej egzystencji narodowej. Nie było w tym nic z poczucia „ubermenschów” – u tych ludzi, którzy zajmowali tereny nad Odrą i Nysą. Nie wyznawali oni prze-konań o wyższości ponad innych – nie posiadali żadnego programu zdobywczego, zachłannego. To byli ludzie utrudzeni, zmęczeni, sponiewierani przez twarde lata niewoli. Mieli jedno pragnienie: chcieli spokojnie żyć. Pragnęli nawiązać do tego życia, z którego wytrącił ich w roku 1939 straszliwy najazd hitlerowski.

Polacy z roku 1945 nie byli również wyznawcami Mickiewiczowskiego mesjanizmu. Twarde lata niewoli nauczyły ich realizmu. Romantyzm polski rzadko tylko zdawał egzaminy w przeszłości. Ale jedną poważną wygraną mieli ci ludzie za sobą. Wygrali oni słuszną stawkę o trwanie narodu. Szczególnie wtedy, gdy naród nie posiadał własnego państwa. Dowiedli, że czym innym jest państwo, a co innego stanowi naród. Podważali oni niejako wszystkie niemieckie teorie na temat państwa, twierdzące, że ono utożsamia się z narodem.

Duchowe zwycięstwo, jakie mieli za sobą ci polscy ludzie, polegało m.in. na wyzwoleniu się z dawnych kompleksów, jakie wśród Polaków od dawna pokutowały. „Minderwärtikeitskompleks” nie był kiedyś Polakom obcy. Nie umieli się tego poczucia małości wyzbyć, a to szczególnie wobec Niemców. Zwłaszcza że Polacy znali Niemców jako kolonizatorów, którzy górowali nad nimi wyż-szością cywilizacyjną – umiejętnością handlu, rzemiosła, budownictwa. Wiekowe lata zaborów utrwalały jeszcze te kompleksy. Rozbiorowa niewola przede wszystkim wywołała to ogromne zapóźnienie cywilizacyjne. I wszystkie te przesądy i kompleksy pogrzebała wojna, rozpętana przez hitleryzm. Nowej sytuacji duchowej przyszła w sukurs akceleracja i unifikacja rozwoju technicznego. Przestaliśmy więc odtąd być narodem skazanym na zapóźnienie. I ten fakt zarysował się zaraz po wojnie w świadomości narodowej. Z tym dziedzictwem myślowym stanęliśmy w 1945 r. do pracy i do powojennej odbudowy. Bez chęci zemsty, odwetu, ale i bez poczucia niższości.

Prawo do narodowego istnienia

Bez przesady można za św. Augustynem powtórzyć, że wszystko to, co w czasie wojny Niemcy hitlerowskie sprawiły swym „nowym porządkiem w Europie”, było wielkim rozbojem – magnum latrocinium. Także i dlatego, że usiłowano odebrać jednostkom i społecznościom ich wrodzone prawa do egzystencji i do rozwoju. Tzw. hitlerowski porządek w Europie zakończył się fiaskiem, ale otworzył on nowy rozdział historii. Nowe czasy zabiegają o uprawnienia zarówno jednostek ludzkich, jak i całych narodów. Już w czasie wojny podkreślał Pius XII konieczność respektu dla społeczności ponadnarodowej, w której znalazłyby miejsce wszystkie, nawet najbardziej sponie-wierane przez hitleryzm narody. A kilkanaście lat po nim Jan XXIII wyniósł ponad poszczególne partykularne interesy narodowe, zazwyczaj niezupełnie obiektywne, wymagania bonum commune familiae humanae. Nie tylko poszczególne państwa muszą liczyć się z dobrem ponadnarodowym, ale i bezpieczeństwo każdej ludzkiej osoby winno być wedle tej zasady planowane i gwarantowane.

Znane są poglądy, które słuszność aneksji Ziem Zachodnich do Polski uzasadniają z tytułu reparacji, odszkodowania. Niemniej ważna jest też i racja przyszłego bezpieczeństwa tego rejonu Europy oraz jakiejś sankcji za wszystkie te nieszczęsne wypadki z przeszłości, kiedy niemiecki Drang nach Osten bez skrupułów niweczył polskie życie.

Kiedy jednak jest mowa o blisko dziewięciu milionach polskich mieszkańców na zachodnich terenach dzisiejszej Polski, pamiętać trzeba, że tu chodzi o coś więcej. W grę wchodzą najprostsze warunki elementarnego ludzkiego bytowania. To nie polityka, ale proste potrzeby i warunki ludzkiej egzystencji. Jest rzeczą znamienną, że dla niemieckich wysiedleńców czy uciekinierów Ziemie Zachodnie już dawno przestały być kwestią bytową. Dla Polaków natomiast – w jej nowym układzie, wywołanym przez najazd niemiecki – Ziemie Zachodnie nie przestaną być nigdy sprawą egzystencji dziewięciu milionów mieszkańców. Nie zachodzi tu bynajmniej analogia ekspansji głoszonej przez niemieckie Drang nach Osten. Nie chodzi też tylko o większy lub mniejszy obszar dzisiejszej Polski. Chodzi wprost o warunki bycia i rozwoju dla ludzi, którzy gdzie indziej nie mają odpowiedniego miejsca pobytu. Ten atut, moim zdaniem, przewyższa wszystkie, nawet największe względy polityczne.

Jedyny resentyment – strach

Prawdą jest, że kiedy mówimy o prawie do istnienia, nie wolno zapominać o prawie do ziemi ojczystej. Każde pozbawienie ludzi ich ojcowizny jest bolesne i z tego zdawano sobie wyraźnie sprawę w pierwszych latach powojennych. Nie jest wykluczone, że przesiedlenie dotknęło boleśnie wielu ludzi, którzy nie byli zwolennikami hitleryzmu. Objęło, być może, nawet i jego ofiary. Ale nie Polacy rozpoczęli proces wysiedlania. Alianci wybrali ten przykry i skomplikowany sposób, zwłaszcza dlatego, że stało się to po takiej wojnie, którą Niemcy zarówno spowodowali, jak i przegrali. Dodać też trzeba, że cała powojenna dyskusja poświęcona sprawie tzw. Heimatrechtu wykazuje, że prawo do ziemi ojczystej jest mniej ważne, aniżeli podstawowe prawo do egzystencji jednostek oraz całych narodów. Ludzie bez swej „ojcowizny” na Śląsku czy Warmii mogą się doskonale obywać. Natomiast nie jest wykluczone, że mniej radykalne rozwiązanie sprawy Ziem Zachodnich mogłoby w przyszłości nie tylko doprowadzić do nowego pogwałcenia prawa do ziemi ojczystej, ale i odebrać ludziom ponownie ich elementarne uprawnienia osobowe – uprawnienia do życia, do rozwoju egzystencji. To nic innego jak konsekwentna interpretacja postulatów dobra międzynarodowego.

My w Polsce zdajemy sobie sprawę ze stopniowej ewolucji atmosfery, jaka panuje w Niemczech Zachodnich. Rozumiemy wiece i kundgebungi organizacji ziomkowskich, chociaż wpływy ich kurczą się z dnia na dzień. Wiemy, że nie reprezentują one z daleka całej opinii zachodnioniemieckiej. Znamy poglądy partii politycznych, znamy poglądy młodego pokolenia niemieckiego na sprawę Ziem Zachodnich. Ale jesteśmy równocześnie świadomi ukrytych źródeł niebezpieczeństwa. Zdarzały się w ciągu minionego ćwierćwiecza pociągnięcia rewizjonistyczne, które poniekąd przypominały rozbijackie akcje, prowadzone przez hitlerowców w latach 1924-1933. Kiedy po-ciągnięcia niektórych ośrodków stwarzały w minionych latach nieprzyjemne wrażenia podobieństwa do czasów sprzed „Machtübernahme”, wtedy budziły się w nas lęki. Każdy Polak docenia osiągnięcia narodu myślicieli i poetów – der Denker und Dichter, ceni Goethego i Bethoveena. A jednak groza ogarnia każdego z nas na pamięć eksterminacji Żydów i getta w Warszawie. Dreszcz nas przejmuje na myśl o Oświęcimiu i pacyfikacji Zamojszczyzny oraz o masowych wysiedleniach Polaków z Warthegau i innych polskich ziem „przyłączonych” do Trzeciej Rzeszy w czasie wojny. Tych faktów nie da się zapomnieć, a pamiętać też trzeba, że wraz z milionowymi ofiarami narodu polskiego ginęli w męczeństwie niektórzy odważni członkowie samego narodu niemieckiego.

„Biała Róża” i gotowość ekspiacji

Za jeden z poważnych argumentów na rzecz nieprzedawnienia zbrodniarzy hitlerowskich uznano w Niemczech Zachodnich fakt, że nie ukarano dotąd wszystkich sprawców odpowiedzialnych za śmierć rodzimych ofiar hitleryzmu. Ze wzruszeniem mówimy w Polsce np. o tzw. „Białej Róży” – o rodzinie Scholl i profesorze Huberze, jak i o innych bohaterach niemieckich, którzy w antyhitlerowskim ruchu oporu, w imię potępienia zbrodni i duchowego odrodzenia Niemiec, ryzykowali życie. Członkowie „Białej Róży” zginęli w 1943 roku. Niechaj stanowią symbol tych ideałów, które są dzisiaj z nami w żywym przymierzu i które to przymierze mogą w przyszłości potęgować.

Z ogromną ulgą odczytujemy w Polsce listy, petycje i memoranda ludzi, kół lub organizacji, które uprzytamniają sobie wyraźnie rozmiary zła i krzywdy, wyrządzonej przez Niemcy hitlerowskie innym narodom Europy, m.in. nam Polakom. Cieszymy się, gdy natrafiamy po ich stronie na gotowość zrozumienia naszych obaw i gdy wyczuwamy u nich chęć zadośćuczynienia. Tak samo, jak cieszymy się i wtedy, gdy w dokumentach historycznych i zachowanych pomnikach przeszłości zauważamy ślady szlachetności ze strony Niemców. Stąd też czcimy np. pamiętnik proboszcza Peikerta z kościoła św. Maurycego z Wrocławia.

Z tym samym szacunkiem odnosimy się do ekspiacyjnych wypowiedzi przedstawicieli Episkopatu niemieckiego. Mam na myśli nie tylko dawną wypowiedź kard. Doepfnera z kościoła św. Jadwigi w Berlinie, ale i jego słowa wypowiedziane do polskich księży, byłych więźniów obozów niemieckich, tego roku w Dachau. Wspomnieć trzeba wystąpienie ks. Hoffmanna na berlińskim Katholikentagu oraz jego książkę o służbie dla pokoju. W tym samym tonie była utrzymana wypowiedź śp. Bpa Spülbecka na konsekracji kościoła w Drezdnie [tak w oryginale – red.]. Bije z tych wypowiedzi duch ekspiacji, który na zawsze pozostanie warunkiem każdego oczyszczenia i każdej wewnętrznej przemiany. Podobną ufność budzą w nas ośrodki zgrupowane np. wokół myśli Fr. W. Foerstera lub Reinholda Schneidera, przede wszystkim zaś memorandum w sprawie stosunków polsko-niemieckich „Koła Bensberg”, czytamy chętnie pisma „Amici Poloniae” i z gotowością porozumienia przyjmujemy do wiadomości gesty dobrej woli, notowane w zeszytach wydawnictwa „Begegnungen mit Polen”.

Wiadomo, że każda rezygnacja wymaga poświęcenia i ofiary. Wspomniane wypowiedzi nacechowane są takim właśnie duchem. Być może, że fakt obecności Ziem Zachodnich w granicach państwa polskiego wielu Niemców odczuwa dotąd również jako ofiarę. To już znaczy bardzo dużo, gdyż ofiara nie budzi chęci zemsty, bo sama prowadzi do uświadomienia rozmiarów własnej winy. Ofiara pozostanie zawsze rzeczą kosztowną, nawet bolesną, ale któż odgadnie proporcje rzeczywistych ofiar niemieckich wobec hitlerowskich zbrodni, które tylko dzięki poświęceniu mogą być złagodzone?

Zadanie Kościoła

Kościół jako jedyna dotąd realna społeczność ponadnarodowa ma patrzenie szerokie. Nie ogranicza się ono tylko do stosunków zachodzących między członkami jednego narodu, starając się również o twórczy rozwój więzi międzynarodowej.

Otóż wiemy, że religia rozszerza zakres wspólnych przekonań. Ponieważ jest ona czynnikiem łączącym, jednoczącym, powstaje w jej kręgu bardzo łatwo poczucie bliskości. Znamy to z doświadczenia, gdyż wiemy, jak wiara w Boga i więzy religijne w ciągu minionego ćwierćwiecza pomagały w umocnieniu spoistości nowego społeczeństwa polskiego na Ziemiach Zachodnich. Ludzie wracający niemal ze wszystkich krańców globu ziemskiego skoncentrowali swą świadomość wokół dobra wspólnego, a wspólne przekonania religijne sprawiły, że stało się ono dla nich bardziej wspólne, bardziej kochane i bliskie.

Jeśli religia jest stosunkiem do Boga – do Dobra najwyższego – to owo wysokie odniesienie wpływa na samą istotę powiązania społecznego między ludźmi. Religia nadaje więzi społecznej charakter nadprzyrodzony. Dlatego społeczność ludzi religijnie myślących i żyjących jest równocześnie społecznością o wiele mocniej zespoloną. Jest ona wtedy w stanie szybciej osiągać osobowe cele, jakim życie społeczne służy. Tak działo się w ciągu ostatnich dwudziestu pięciu lat – od powstania polskiej Hierarchii i polskiego życia religijnego na Ziemiach Zachodnich. Działo się tak zarówno w zakresie integracji lokalnej, jak też i przy wytwarzaniu najlepszych więzi społecznych, łączących Ziemie Zachodnie z Macierzą.

Ta sama religia odegrała i odgrywa dotąd nie mniejszą rolę dla istniejących grup mniejszości narodowych. W danym wypadku godzi się specjalnie wspomnieć choćby żywe jeszcze parafie niemieckie, które dzięki związkom z Kościołem pielęgnują swoją świadomość narodową.

W sposób niemniej silny mówi się dzisiaj także o więzi ponadnarodowej. Szczególnie „Pacem in terris” i „Populorum Progressio” poświęcają tej sprawie sporo uwagi. Na płaszczyźnie międzynarodowej wartości ponadnarodowe, zwłaszcza te, które złożone są w skarbcu Kościoła, mogą się walnie przyczyniać do twórczych kontaktów, do ożywienia wzajemnego i przekroczenia tych trudności, jakie jeszcze tu i ówdzie straszą od ostatniej wojny. Sobór posiada tu specjalne znaczenie. Doceniamy i my w Polsce ogromny wkład teologii niemieckiej w dzieło Soboru, a także w niektóre próby odnowy posoborowej. Odnosimy się do tego z tym większą życzliwością, im więcej milionów katolików w Polsce żyje soborową odnową Kościoła. Katolicy w Polsce zapełniają kościoły, stanowiąc poważną siłę składową Kościoła Powszechnego. Siła katolicyzmu polskiego uwydatnia się równie dobrze i na Ziemiach Zachodnich.

Realizm zdrowego rozsądku

Spora liczba listów, o których wspominałem na początku, mówiła o realizmie politycznym. Zawierały one już wówczas jakby cichą rezygnację z niemieckiego posiadania Ziem Zachodnich. Cóż dopiero dziś! Oprócz realistycznych polityków są to zazwyczaj głosy pokolenia młodszego, nieobciążonego pochodzeniem ani ponurą przeszłością ostatniej wojny. Wydaje się, że uproszczone byłoby zdanie, które w takiej postawie rezygnacji widzi tylko kapitulację. Spojrzenie to zawiera coś więcej. Jest wyrazem odnajdywania równowagi w imię wyższych ideałów, które przerastają nawet ważny, doraźny interes narodowy. Bo cóż np. z interesu hitlerowskiego „Grossdeutschland”, kiedy taka wersja Niemiec siłą rzeczy zawiera zalążki zagrożenia szkodliwe nie tylko dla bezpieczeństwa Europy, ale przede wszystkim dla wolności. A pokój i wolność warunkują się wzajemnie. Warunkiem zagwarantowania pokoju jest zapewnienie wolności. W danym wypadku m.in. wolności dla obu sąsiedzkich narodów.

Pewnie, że formuła pokoju związana z granicą na Odrze i Nysie być może nie zadawala jeszcze wszystkich Niemców. Ale w miarę upływu czasu szanse prawdziwego pokoju na tych terenach będą rosły. Będą także rosły szanse pokoju i zgody psychicznej. Już dziś jesteśmy tego świadkami w ogromnej mierze. Zgoda psychiczna Niemców związana z akceptacją naszej granicy zwiększyła znacznie szanse pokoju w tym rejonie. Rosną one także pod wpływem tego pokojowego bilansu korzyści i strat – ekspiacji i wybaczenia – elementów jakże ściśle ze sobą związanych. Być może wpłynie na taki bieg rzeczy i twórczy czas dialogu, wymiany myśli, głębszej cyrkulacji niesfałszowanych wartości, tak szeroko wspieranej pociągnięciami Pawła VI od czasu encykliki „Ecclesiam suam”. Próba otwartego chrześcijańskiego dialogu winna przyczyniać się do pożądanego rozładowania. W takiej atmosferze będzie jakoś łatwiej o właściwe zrozumienie Chrystusowych Błogosławieństw: Błogosławieni cisi, błogosławieni pokój czyniący, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi i oni posiądą ziemię. Tym razem chodzić już będzie o ziemię obiecaną, położoną poza jakąkolwiek szerokością i długością geograficzną naszego globu.

 

Powrót